WIRY – BIEL ILUMINACJI, KTÓRA OŚLEPIA
Kopalnia magnezytu w Wirach uderzyła mnie w oczy nienaturalnym,
podziemnym blaskiem. Ściany nie były tu mroczne; były oślepiająco białe, jakby góra została wykuta z zastygłego mleka lub zmielonych kości. Przez chwilę mój mózg, wciąż łaknący estetycznego ładu, odetchnął z ulgą. „Tu jest czysto”, pomyślałem. To był podszept energumena, który wciąż we mnie drżał – tęsknota za autorytetem, który jest
nieskalany, za „Ojcem”, który nie zna brudu.
Szedłem przez te białe korytarze, a mój wzrok ślizgał się po gładkiej materii magnezytu. To
tutaj Antagonista przygotował swoją najbardziej wyrafinowaną pułapkę: Mit Niewinności.
— Widzisz tę biel? — usłyszałem aksamitny głos Hierarchy, tym razem brzmiący jak uroczysta liturgia. — To
jest nasza czystość. Tu nie ma cienia, bo my jesteśmy światłem. Ufaj naszej strukturze, bo
ona jest bez skazy. Wszystko, co słyszałeś o brudzie, o zbrodniach skrytych
pod tiarą, to tylko urojenia tych, którzy
nie potrafią znieść blasku naszej świętości. My tu pozyskujemy mineralną
wodę święconą.
Poczułem, jak moje kolana miękną. Chciałem uwierzyć. Chciałem paść na twarz przed tą monumentalną czystością i oddać resztki swojej woli w ręce tych „świętych budowniczych”. To była Głupota Ufności – najsłodsza z trucizn.
Wtedy, w załamaniu korytarza, zobaczyłem Ammit.
W Wirach Pożeraczka była biała jak sama skała. Wyglądała jak rzeźba, która nagle ożyła. Jej oczy nie płonęły nienawiścią; były puste i zimne jak lód. Nie
polowała na grzeszników. Polowała na tych, którzy ufali w
hierarchiczną czystość. Widziałem, jak jej szczęki zaciskają się na gardłach energumenów, którzy szli
przez kopalnię z zamkniętymi oczami, recytując modlitwy o „niepokalanej
instytucji”. Pożerała ich serca, bo były wypełnione cudzą, narzuconą niewinnością. Zjadała ich zdolność do widzenia prawdy, zostawiając jedynie białe, nieme manekiny.
— Patrz pod nogi, Szychtowniku — szepnął mi do ucha Pan Czasu, a jego głos był jak zgrzyt kamienia o kamień.
Spojrzałem w dół. Na samym dole, tam gdzie biała ściana stykała się ze spągiem, biegła cienka, czarna pręga. To nie był pył. To była krew i brud, które wsiąkały w fundament tej „świętej” budowli. To były łzy tych, których Hierarchia poświęciła, by utrzymać biel swoich szat. Zrozumiałem: ta cała kopalnia magnezytu to tylko
gigantyczny makijaż nałożony na gnijącą ranę.
Wykonałem Unik. - Zamiast patrzeć na oślepiające ściany, zacząłem drążyć palcami w czarnej linii na dole. Odrzuciłem „blask” Hierarchy. Przyznałem przed samym sobą: „Wasza biel jest kłamstwem. Wasza świętość to tylko wapno sypane na masowe groby prawdy. Wolę mój własny mrok niż waszą fałszywą światłość”.
W tej sekundzie biała Ammit straciła mój kształt. Nie byłem już „wiernym parafianinem”, którego mogła skonsumować wraz z jego złudzeniami. Stałem się dla niej brudną, nieregularną plamą, której jej czyste, krokodyle gardło nie potrafiło przełknąć. Przeszedłem przez białą komorę, czując na plecach furię jej niemego ryku.
![]() |
Hieroglif: Trzy białe pionowe pasy
przecięte poziomą czarną linią na samym dole. |





Komentarze
Prześlij komentarz