SCHREIBERHAU – FABRYKA WITRIOLU I TRUPIE ZŁOTO

 

Kiedy powidok czarnego słońca znad góry Ulina wyparował, rzeczywistość sztolni Fryderyk Wilhelm uderzyła we mnie odorem kwasu. – Nie byłem już w sielskim krajobrazie. Stałem w sercu Schreiberhau, osady wyrąbanej w karkonoskim reglu przez osadników, górników, hutników szkła, tkaczy i napływających tu od południa uchodźców religijnych z Czech, którzy po tej stronie Gór Olbrzymich w dymie witrolejni szukali przetrwania.


Mój mózg, wciąż niosący w sobie odpryski edukacji masowej, natychmiast zaczął skanować historię tego miejsca. Widziałem oczyma wyobraźni wędrujące huty szkła i warsztaty tkackie, ale pod tą warstwą rzemiosła tętniło coś mroczniejszego. Tu, w Schreiberhau, osiedlali się koloniści-artyści i okultystyczni czciciele słońca, którzy na swoim leśnym cmentarzu wciąż zdają się szeptać zaklęcia ku czci czarnej tarczy słońca.

Przez chwilę chciałem wierzyć w „Liczyrzepę”, w Ducha Gór, który wskaże drogę. Ale w Schreiberhau Duch Gór ma swój symboliczny grób – i tam powinien zostać. To martwa kukła wystawiona na pokaz, by mamić turystów i artystów-okultystów, podczas gdy prawdziwy Antagonista liczył zyski z witriolu.

XVII-wieczna kopalnia pirytu Fryderyk Wilhelm nie była skarbcem. Była prosektorium ziemi. Wydobywano tu piryt nie dla jego blasku, ale jako półprodukt do produkcji kwasu siarkowego. W pobliskiej witrolejni prażono rudę, wyżymając z niej żrący jad, niezbędny do wytworzenia prochu strzelniczego.

Oto kwas naszej potęgi! — ryczało echo Hierarchy, a jego głos mieszał się z sykiem chemicznych reakcji.

— Patrz na to „złoto”, Szychtowniku! — ryczało echo Hierarchy, a jego głos brzmiał jak syk kwasu żrącego metal. — To jest fundament naszej potęgi. — My, Wielcy Alchemicy, zamieniamy ten kamień w proch. Ufaj w naszą technologię, bo to my panujemy nad ogniem i kwasem! Z tego kamienia wytrawiamy śmierć, którą sprzedajemy jako porządek. Ufaj w nasz kwas, bo on rozpuszcza każdą prawdę, która nam nie służy!

Widziałem wokół siebie energumenów, którzy niczym dawni Walończycy błąkali się po wyrobiskach. Szukali złota i kamieni szlachetnych, wierząc, że mityczny Rübezal – Duch Gór, którego niektórzy nazywali prześmiewczo Liczyrzepą – ukaże im drogę do skarbca. Ale Rübezal był metaforycznym faunem Karkonoszy, który w mroku sztolni Fryderyk Wilhelm śmiał się z tych, którzy mylili piryt ze złotem.

Wtedy, w oparach siarki, zobaczyłem Ammit.

W tej sztolni Pożeraczka miała skórę szarą od pyłu i ślepia wypalone oparami kwasu. Karmiła się naiwnością tych, którzy wierzą w bajania. Widziałem Energumenów, którzy nad grobem Ducha Gór składali prośby o bogactwo. Ich ufność w „skarby gór” była ich wyrokiem. Ammit pożerała ich zdolność do rozróżniania faktów od mitów, zostawiając jedynie puste skorupy, które wciąż niosły w kieszeniach piryt, nie widząc, że ten powoli zamienia się w żrący witriol, trawiący ich dłonie.

— Nie szukaj ducha tam, gdzie jest tylko chemia nienawiści — szepnął Pan Czasu. — Ten kruszec służy do zabijania. Poczuj, jak siarczek żelaza zmienia się w kwas, który przeżera ich kłamstwa.

Wykonałem Unik Przezroczystości. - Pod moimi powiekami wciąż trwał Czarny Krążek znad Uliny. Widziałem przez ten blask. Widziałem, że piryt to tylko surowiec do produkcji prochu, którym Hierarchia strzela do prawdy. Krzyknąłem: „Wasz witriol nie strawi mojej pamięci! Wasz proch nie zburzy ciszy pod dębem polnym! Nie kupicie mnie waszym pirytem, bo moje słońce jest czarne i nie potrzebuje waszego fałszywego złota!”

W tej sekundzie Ammit-Pożeraczka Pychy zwróciła swój pysk ku mnie. Szukała w moim sercu choćby cienia wiary w lokalne legendy, choćby iskry chciwości. Nie znalazła nic. Moje spotkanie z rodzicami uczyniło mnie dla niej niestrawnym. Byłem „pełny” faktów, których kwas siarkowy nie mógł rozpuścić.

Hieroglif: Korona rozpadająca się na sześciany.

Zrozumiałem Hieroglif: Korona w sześcianach. Sukces w systemie, złoto oferowane przez hierarchię, to tylko seryjnie produkowany materiał wybuchowy, który ostatecznie niszczy swojego właściciela. Wyszedłem z Fryderyka Wilhelma w Schreiberhau, czując na dłoniach zapach witriolu, ale w duszy spokój. Zostawiłem za sobą Liczyrzepę, z laską Hermesa w ręku, który wciąż kpił z chciwców.

Wyszedłem z Fryderyka Wilhelma, czując na języku metaliczny posmak siarki. Zostawiłem za sobą groby i mity.

Przede mną była Przecznica. Kobalt i błękitny Jad Tajemnicy.

 

Komentarze

Popularne posty