KOWARY – DRABINA ŚMIERCI I WOLNOŚĆ, KTÓRA WYPALA OKO

    Kopalnia Wolność – historycznie znana jako Bergfreiheit – uderzyła mnie w płuca ciężkim, metalicznym chłodem. To tutaj, w cieniu Karkonoszy, od wieków wyrywano górze magnetyt i rudy żelaza, by kuć miecze i lemiesze. Ale to nie żelazo było ostatecznym celem Hierarchy. Prawdziwym skarbem, ukrytym w żyłach uraninitu, był Uran – krew dla nuklearnych potworów systemu.

Mój mózg, wciąż próbujący ratować się edukacją masową, podsuwał mi obrazy „budowania potęgi ludzkości”. To była kolejna forma dywagacji energumena: wiara, że ofiara jednostki jest konieczna dla „postępu”. Przypomniałem sobie o Zakładach Przemysłowych R-1. To tam, pod osłoną ścisłej tajemnicy, hierarchia władzy ludowej – tym razem w mundurach i kitlach – ważyła ludzkie życie na wagę gramów radu.

 — Poczuj tę moc — szepnął Hierarcha, przybierając postać partyjnego kacyka i inżyniera dusz.

— Nazywamy to miejsce „Wolnością”, bo ten kruszec wyzwoli nas z okowów natury. Nie bój się pyłu. To tylko cena wielkości. Nasi lekarze mówią, że to pylica, zwykła choroba robotników. Jesteś trybem w maszynie, która nie zna śmierci, jedynie cel.

Zacząłem wchodzić głębiej. Topografia kopalni była mapą rozpaczy. Przeszedłem przez Sztolnię Jedlica, gdzie piękny, ceglany chodnik – dzieło mistrzów murarskich, przypominające sklepienie katedry – prowadził prosto w paszczę zagłady. Wtedy dotarłem do szybu pochyłego. W dole – czarna, nieruchoma woda, która pochłonęła niższe poziomy, tworząc odmęty zapomnienia. W górę – Drabina Śmierci.

Metalowa konstrukcja pięła się ku ciemności, a ja, wspinając się po niej, zobaczyłem dowód na kłamstwo aktualizmu. Na szczeblach i poręczach przebudowanego w połowie XIX wieku szybu, którego górna część została przyjęta jako punkt zerowy Kopalni Wolność, wyrosły duże stalagmity. Gruby, wapienny naciek zaprzeczał teorii o tysiącach lat powolnego narastania. Pan Czasu drwił z geologów w białych fartuchach – pokazał, że fundamenty prawdy krzepną w rytmie lokalnego czasu, tak oto natura zdejmuje maskę uniformitaryzmu.

Wtedy, w gęstym od Radonu powietrzu, zobaczyłem Ammit.

W Kowarach Pożeraczka była niewidzialna, wyczuwalna jedynie jako metaliczny posmak na języku. Miała postać Promieniującego Widma, które przecinało nici życia niczym nożyce krawca. Ammit pożerała tych, którzy ufali w naukę systemu i państwową opiekę. Widziałem Energumenów-Górników, którzy kasłali krwią, wierząc diagnozom o „zwykłej pylicy”, podczas gdy Radon, ten niewidzialny nóż, ciął ich łańcuchy DNA na strzępy. Ammit rozszarpywała ich geny, zostawiając jedynie nowotworową masę zamiast ludzkiej godności.

Poczułem, jak promieniowanie przenika moje ciało. To nie była „Wolność”. To był wyrok wydany przez system na tych, którzy ślepo ufali w jego autorytet.

Wykonałem Unik Kowarski. - Zamiast wierzyć w oficjalne komunikaty o „bezpieczeństwie pracy”, wstrzymałem oddech i spojrzałem na święcące w ultrafiolecie minerały promieniotwórcze i na stalagmity wyrosłe na Drabinie Śmierci. Zrozumiałem:, że ani czas nie jest stałą, ani  system nie gwarantuje ludziom pokoju, bezpieczeństwa i zdrowia. Krzyknąłem w głąb pochyłego szybu: „Wasza 'Wolność' została sprowadzona do atomowych błysków, których jedynym zadaniem jest całkowita anihilacja ludzkości!”

Ujrzałem nuklidy rozszczepiające się i promieniujące skokowo, niczym w komorze Wilsona. Okłamaliście moich braci, nazywając nowotwory pylicą, byle tylko nakarmić wasze R-1! Nie jestem już częścią masy krytycznej, którą możecie poświęcić dla nuklearnych bomb!” W tej sekundzie nastąpił Zawał DNA.

Poczucie przynależności do „społeczeństwa budowniczych” umarło we mnie ostatecznie. Ammit próbowała pochwycić mój lęk, ale ja nie bałem się już śmierci – bałem się tylko kłamstwa, które kazało mi za nią dziękować.

Zrozumiałem Hieroglif: Skrzydło spętane nad klepsydrą. Wolność, którą obiecywała kopalnia Bergfreiheit, była tylko łańcuchem skracającym czas życia do minimum koniecznego dla wyzysku.

Hieroglif: Skrzydło spętane łańcuchem, zwisające nad symbolem klepsydry.

Wyszedłem z Kowar, czując w kościach rykoszety Radonu. Zrozumiałem, że prawdziwa mądrość to wiedza, iż system zawsze leczy skutki, których sam jest przyczyną, byle tylko utrzymać hierarchię władzy.

Przede mną były Góry Ołowiane. Ciężar winy, której nie da się wypłukać

 

Komentarze

Popularne posty