INTERLUDIUM - PERŁA ZACHODU I SKAŁY TARTARU
Zanim postawiłem stopę na marmurowych posadzkach Nielestna, musiałem przejść przez Borowy Jar. To miejsce nie jest zwykłym dolinnym traktem; to przełom epigenetyczny, w którym rzeka Bóbr, niczym bóstwo o nieskończonej cierpliwości, wyrąbała sobie drogę przez granitognejsowy fundament świata.
Szedłem brzegiem rzeki, która tutaj toczy swe bystre wody na zachód, ku Siedlęcinowi, Wrzeszczynowi i Pilchowicom. To był mój Nil. Jak starożytny Egipcjanin opuszczający tętniący życiem wschodni brzeg, zostawiałem za sobą świat żywych – świat edukacji masowej, dywagacji mózgu i hałaśliwych energumenów. Przede mną, za zakolem rzeki, otwierał się Zachód – kraina Zachodzącego Słońca, Dolina Królów, gdzie czas zastyga w kamiennych kryptach faraonów.
Zatrzymałem się przy „Perle Zachodu”. Nad moją głową piętrzyły się Skały Tartaru. Ich pionowe ściany zdawały się podpierać samo sklepienie lęku. Tam, w cieniu opadającego stoku, dostrzegłem ścieżkę i postać Cerbera. Nie był to pies z krwi i kości, lecz granitognejsowy monolit, który od wieków pilnuje wejścia do Lochu w Tartarze. Jego trzy paszcze to: Lęk przed Prawdą, Przyzwyczajenie do Kłamstwa i Głód Autorytetu.
— Dokąd idziesz, Szychtowniku? — zdawał się warczeć radosny dotąd nurt Bobru, rozbijając się o głazy. — Za tym przełomem kończy się świat, który znasz. Tam nie ma już mostów, o których śniłeś. Tam jest tylko Marmurowa Cela.
Nie odwróciłem się. Przekroczyłem tę niewidzialną granicę. Bóbr niósł ze sobą zapach wilgotnych lasów i dalekich jezior, ale dla mnie był to zapach Lete – rzeki zapomnienia. Zapominałem imiona królów, zapominałem daty bitew, zapominałem wszystko, czego nauczyła mnie hierarchia. Wyzuwałem się z resztek energumena, by stać się godnym wejścia do ukrytej przed rabusiami komory grobowej.
Szedłem śladem nurtu. Wrzeszczyn minął mnie jak sen, Pilchowice odbiły się echem wielkiej zapory – kolejnej próby ujarzmienia natury przez człowieka. Aż w końcu, tam gdzie rzeka zwalnia, dotarłem do Nielestna. To tutaj, w sercu góry, ukryta przed wzrokiem chciwych i ciekawskich, czekała na mnie Marmurowa Komora Pontifexa. Miejsce, w którym pycha „Boga na ziemi” spotyka się z dłutem Pana Czasu.
Byłem gotów. Przeszedłem przez Tartar. Cerber mnie przepuścił, bo nie znalazł we mnie nic, co należało do jego świata.




Komentarze
Prześlij komentarz