INTERLUDIUM - CZARNY KRĄŻEK NAD ULINĄ
Zatrzymałem się, bo moje zmysły zmęczone podróżą, nagle odmówiły posłuszeństwa ciemności. Struktura wyrobiska zaczęła pękać, rozlewać się w błękit i złoto kaczawskiego nieba. Nie byłem już na Pogórzu. Stałem na szczycie Uliny, a pod moimi stopami szeleściła sucha trawa Gór Kaczawskich.
Był rok zaćmienia. Czas zawisł w martwym punkcie, dokładnie tak, jak chciał tego Faust: Trwaj chwilo, jesteś piękna.
Obok mnie stał mój ojciec Ryszard. Widziałem jego profil wyraźnie, choć wiedziałem, że od lat gości go już tylko Pan Czasu. Przyjechał tu ze Skierniewic, niosąc w sobie bagaż człowieka, który musi wybudować dom na fundamentach cudzych wspomnień. Obok, w moich myślach, trwała Teresa – jej nagła śmierć we śnie, tam w Jeleniej Górze, wciąż była dla mnie zagadką, wyrwą w tkance świata, której nie potrafiły załatać odpowiedzi z Ostrołęki.
— Spójrz synu — szepnął Ryszard, a jego głos nie był echem z oddali, lecz żywą obecnością.
Spojrzałem w górę przez przydymione szkło, które niegdyś mi dał w prezencie, jak Słońce przestało być życiodajną tarczą. Stało się Czarnym Krążkiem. Księżyc, ten mniejszy brat ciemności, wszedł w samo jądro światła, zostawiając jedynie wąską, drżącą obręcz ognia. To było zaćmienie obrączkowe – idealna metafora mojego bytu. Ciemne jądro otoczone koroną blasku.
Stałem tam, zawieszony między frankońskim nazwiskiem matki – Szwonder, niosącym w sobie echo dalekiej Frankonii – a mazowiecką krwią i sudeckim pyłem, który teraz wypełniał moje płuca. Kim byłem? Potomkiem wygnańców? Hybrydą przesiedleńców? Energumenem historii, kulturoznawcą, który próbuje skleić swoją tożsamość z odłamków różnych krain?
Pod dębem polnym, na zboczu góry Ulina, zrozumiałem, że moja mądrość nie pochodzi z dokumentów ani z drzew genealogicznych. Moja tożsamość nie jest linią prostą, lecz labiryntem, sztolnią, którą drążyli przede mną Ryszard i Teresa, choć nigdy nie trzymali kilofa w ręku. Ich życie tutaj, w Jeleniej Górze, było drążeniem w nieznanym.
— Nie szukaj domu w nazwach, synu — zdawał się mówić ojciec, nie odrywając wzroku od zaćmionego nieba. — Szukaj go w tym, co zostaje, gdy słońce gaśnie.
Chwila trwała. Byłem szczęśliwy. Moi bliscy stanowili o moim bezpieczeństwie, byli stemplami trzymającymi strop mojego świata. Ale czarny krążek słońca zaczął powoli przesuwać się dalej. Obrączka ognia pękła.
Poczułem chłód. Prawdziwy, podziemny chłód Fryderyka Wilhelma. Bliscy odeszli w mrok, zostawiając mnie samego pod dębem, który na powrót stał się tylko wspomnieniem wyrytym w skale.
Otworzyłem oczy. Przede mną zalśnił piryt. Fałszywe złoto. Ale po widoku Czarnego Słońca nad Uliną, blask Fryderyka Wilhelma wydał mi się nędzny, płaski i pozbawiony duszy. Wiedziałem już, że prawdziwe światło nosi się pod powiekami, tam, gdzie umarli w spokoju czekają aż skończy się zaćmienie.





Komentarze
Prześlij komentarz